sobota, 2 marca 2013

Rozdział VI część II



     Dom był urządzony ze smakiem. Na ścianach wisiały nowoczesne obraz, które jednak idealnie komponowały się z dość zabytkowym wnętrzem. Z sufitu zwieszała się lampa, która pod wpływem trzaśnięcia drzwiami, wirowała lekko nad moją głową. Ściany przedpokoju łączącego kuchnię z salonem były zachowane w kolorze moreli. Kolor ciepły i przyjazny który sprawił, że od razu poczułam się dobrze w tym domu.
- Dzień dobry? – powiedziałam w głąb mieszkania, ale nikt się nie odezwał. Chciałam ponowić próbę, ale Chester delikatnie dotknął mojego ramienia.
- Nie ma nikogo. – szepnął i delikatnie usadowił mnie na fotelu w salonie. Ja natomiast przyglądałam się antycznemu kominkowi i stojącej na nim fotografii przedstawiającej cztery osoby. Prawdopodobnie rodziców, siostrę Chestera, jak i jego samego.
- Ładne zdjęcie. – zagadałam go wskazując palcem mój obiekt zainteresowania, kiedy od delikatnie zsuwał mi but z lewej nogi. – To twoja rodzina?
- Tak, na wakacjach w Grecji. – przytaknął i zabrał się do rozwiązywania drugiego buta. – Moi rodzice i siostra Grace.
- Gdzie oni teraz są? – zapytałam niepewnie i na wszelki wypadek chwyciłam go za rękę. Zaprzestał swojej czynności i utkwił wzrok w fotografii.
- Wyjechali w poszukiwaniu lepszego życia. Gdzieś do Ameryki. Nawet nie wiem, czy jeszcze żyją, bo ostatni raz telefonowali do mnie na Wielkanoc. – westchnął i znów zajął się moim butem.
Kiwałam głową i patrzyłam na ich uśmiechnięte i opalone twarze na zdjęciu. Wszyscy byli tacy szczęśliwi. Widać nie tylko ja zostałam sama na święta. Ta myśli dodała mi takiej otuchy, że w tej jednej chwili chciałam bardzo mocno przytulić Chestera i tym uściskiem podziękować mu za to, że jest. Dlatego, kiedy tylko wstał z klęczek, wyciągnęłam ręce i zarzuciłam mu je na szyję. Najwyraźniej potrzebował bliskości, bo odwzajemnił uścisk i zatopił rękę w moich włosach, które po pobycie w szpitalu zyskały na długości. Trwaliśmy w tej pozycji dobre kilka minut, dopóki nie odezwał się telefon mężczyzny.
- Siemka stary. – usłyszałam w słuchawce radosny głos. Nie znałam go. Postanowiłam dyskretnie odejść, żeby Chester nie czuł się skrępowany rozmową przy mnie. Ten jednak zdecydowanym ruchem zatrzymał mnie, więc mimowolnie słyszałam dalszą część konwersacji. – Joe robi jakąś nasiadówę u siebie. Wkręcasz się?
Czekałam na jego decyzję.
- Nie dzisiaj, Mike. – powiedział zdecydowanie i mrugnął do mnie. Uśmiechnęłam się. – Musicie poradzić sobie sami.
- Nie ma bata. Za pięć minut u ciebie jestem. Szykuj się! – mężczyzna rozłączył się, a Chester schował telefon do kieszeni. Podniósł mnie i mimo moich protestów zaniósł do kuchni i posadził na blacie stołu. Dotknął jeszcze raz moich włosów, spojrzał w oczy i podszedł do lodówki. Otworzył ją na oścież abym widziała całą jej zawartość. Była do połowy zapełniona, ale na pewno nie wszystko nadawało się do spożycia.
- Da się coś z tego zrobić? – głową wskazał półki, na których stały różne słoiczki, a między nimi walały się rzeczy zawinięte w woreczki. Dość ciekawy sposób na ochronę żywności.
- Coś się wykombinuje, ale pozwól, że ja się tym zajmę. – zaśmiałam się i spróbowałam zejść ze stołu. Chester natychmiast znalazł się przy mnie, uniemożliwiając moją ucieczkę.
- O nie, Salem. Ty siedzisz tutaj i dajesz mi wskazówki. Ja natomiast, mistrz kuchni, wszystko zrobię. – powiedział i dopiero po chwili wpatrywania się we mnie zorientował się, że trzyma ręce na mojej talii. Chrząknął i szybko odsunął się. Widząc jego zakłopotaną twarz zaśmiałam się pod nosem.
- Dobrze, ale radzę ci zamknąć lodówkę, geniuszu. – wskazałam palcem miejsce za jego plecami, gdzie wciąż zapełnione do połowy półki aż raziły w oczy. Kazałam mu wyjąć produkty, z których jako tako można by przyrządzić coś na jeden ząb i po kolei dawałam wskazówki, jak zrobić ciasto na naleśniki. Pod koniec okazało się, że Chester mistrzowsko przerzuca bliny – tylko dwa przykleiły się do ściany, a trzy wylądowały na podłodze. Reszta jednak pozostała nietknięta i teraz leżała równiutko na talerzu. Po przygotowaniu bitej śmietany, rozpuszczonej czekolady i innych słodkości do urozmaicenia nijakiego smaku placków, zasiedliśmy przy stole. Z radością patrzyłam, jak posiłek z talerza mężczyzny znika w zastraszającym tempie. Sama nie jadłam wolniej. Jednak szpitalne dania nigdy nie zastąpią mi tych domowych naleśników.
- Brawo, mistrzu! – powiedziałam po skończonej uczcie i przybiliśmy sobie piątkę. Chester widząc moją rękę gładzącą brzuch, szybko zebrał talerze i położył je do zlewu. Nim zdążyłam zaprotestować, tkwiłam w jego muskularnych ramionach i niesiona na jego barkach mknęłam prosto w górę schodów. W ciągu kilku minut znalazłam się w błękitnym pokoju z pochyłym sufitem. Nie był duży, za to bardzo przytulny. Mężczyzna posadził mnie na łóżku, a z szafy z sosnowego drewna wyjął gruby welurowy koc. Opatulił mnie nim. Wciągnęłam nosem jego cudowny zapach – drzewo sandałowe i cynamon.
- Teraz napiszesz mi listę rzeczy niezbędnych do przygotowania czegoś na wigilię. – powiedział i podał mi kartkę wraz z jednorazowym pomarańczowym długopisem.
- A ty grzecznie pojedziesz do marketu i to wszystko kupisz. – uśmiechnęłam się i zaczęłam gryzmolić na kartce produkty, które przychodziły mi do głowy i z których zawsze w moim domu robiło się wigilijne potrawy. Nie mogło zabraknąć ryby – karpia. Grzyby, kapusta… rysik szybko skrobał powierzchnię papieru. Kiedy uznałam, że wszystko co najpotrzebniejsze zostało wypisane, zgięłam kartkę na pół i wręczyłam Chesterowi.
- Boję się ją otwierać. Chcesz mnie zamęczyć chodzeniem pomiędzy regałami. – westchnął i schował listę do kieszeni spodni.
- Sam zaproponowałeś podróż do sklepu, więc nie narzekaj! – powiedziałam ze śmiechem i pocieszająco poklepałam go po ramieniu. Niechętnie wstał i czule pocałował mnie w czoło.
- Wrócę jak najszybciej. A ty leż i odpoczywaj. – będąc przy drzwiach pomachał mi i zniknął na korytarzu. Po kilku minutach usłyszałam tylko trzask zamykanych drzwi.
     Zostałam sama. W obcym domu. Nie zamierzałam stosować się do zaleceń Chestera i kiedy tylko wyszedł, bez wstawania z łóżka zaczęłam myszkować po regałach. Stojący najbliżej mnie, wykonany z tego samego drewna co szafa, miał może metr wysokości. Nie było w nim żadnych szuflad. Powoli sunęłam palcem po grzbietach książek. Głównie były to powieści fantastyczne, niekiedy sensacyjne. Wzięłam jedną z nich do ręki i zaczęłam kartkować. Nie wzbudziła mojego zainteresowania do tego stopnia, abym mogła potrzymać ją w rękach jeszcze chwilę. Z pewnością w tym pokoju były ciekawsze rzeczy. Starannie położyłam ją na miejsce. Przesunęłam się na drugi koniec łóżka, przy którym dla odmiany stała komoda. Otworzyłam pierwszą szafkę i do moich nozdrzy doszedł gryzący zapach jakiś substancji chemicznych. Dopiero po chwili zwróciłam uwagę na różnorakie fiolki ustawione tuż pod ścianką wnęki. Wzięłam jedną do ręki. Karteczka przyklejona do szkła głosiła, że w pojemniczku znajduje się manganian. Pospiesznie odstawiłam przedmiot i przebiegłam wzrokiem po innych buteleczkach. Chemia to z pewnością nie było coś, co mogło by zainteresować studentkę prawa. Otworzyłam drugą szafkę. Tutaj na półce leżała tylko jedna gazeta. Pokrywały ją zwały kurzu i nawet nie próbowałam jej ruszać. Nie z powodu nieuniknionego zabrudzenia palców, ale zachowania dyskrecji. Gdy otwierałam pierwszą szufladę, usłyszałam szuranie.
Trzask drzwi frontowych.
Może Chester myśli, że śpię i nie chce mnie obudzić?
Pospiesznie położyłam się na łóżku i szczelnie okryłam welurowym kocem. Czułam, że ktoś powoli wchodzi po schodach.
To nie były kroki właściciela domu.
Zorientowałam się, że nie mam przy sobie telefonu. A nawet jeśli już trzymałabym go w ręce, to nie mam numeru Chestera. Ironia losu.
Nie byłam sama i co do tego nie miałam żadnych wątpliwości.

niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział VI część I




     To niesamowite, jak szybko może biec czas. Niedawno jeszcze świętowałam Nowy Rok na prywatce u James`a, potem spędzałam, nieświadoma, ostatnie chwile z rodzicami, aby za chwilę przeżywać ich śmierć. A potem rozpocząć nowy semestr na wydziale prawa i wylądować tutaj. Który jest dzisiaj dzień? Dziewiętnasty grudnia, jeśli się nie mylę. Przed moim nosem przemknęło dwa i pół miesiąca w szpitalu! Przetrzymują mnie w tym budynku jak dzikie zwierzę w klatce, które światło dzienne widzi tylko przez jej kraty. Chociaż Chester za każdym razem dbał, abym przeszła się w jego objęciach do okna, bo jak powiadał „musisz ćwiczyć, bo nie będziesz tu tkwiła wiecznie!”, to i tak bardzo brakowało mi wolności, jaką czułam za każdym razem będąc na powietrzu. Tak więc każdego dnia „chadzałam” od mojego łóżka do okna, zza którego witała mnie zima. Śnieg padał spokojnie, a ja z rozbawieniem obserwowałam rozzłoszczonych ludzi, którzy wsuwając na głowę kaptury swoich ortalionowych kurtek, uciekają przed białymi płatkami. Za każdym razem będąc dzieckiem cieszyłam się, kiedy wstając rano w jeden z grudniowych dni mogłam podziwiać śnieżną czapę zsuwającą się z dachu sąsiada. Śledziłam ruch jego warg układających się w przekleństwa i czerwone od mrozu policzki, które z każda minutą przybierały na kolorze. Wróciłam teraz myślami do tych wspomnień i przetarłam zaparowaną od mojego oddechu szybę. Nic nie trwa wiecznie. Człowieka można porównać do płatka śniegu: jest jeden, pośród miliardów innych, a mimo to wyróżnia się od nich.
 Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięczny głos Chestera, który kazał mi odwrócić wzrok od okna. Obejrzałam się przez ramię i o mało nie spadłam z krzesła, kiedy zobaczyłam go stojącego na środku mojej szpitalnej sali i żonglującego czterema mandarynkami. Minę miał niezwykle skupioną. Za każdym razem przerzucając owoc pod swoim podniesiony kolanem, wyciągał z zapałem język. Na sam koniec przedstawienia zręcznym ruchem pochwycił stojącą na szafce miseczkę i po kolei łapał lecące mandarynki. Zaczęłam klaskać i wiwatować, kiedy ukłonił się nisko i podszedł do mnie.
- Chciałbym zapewnić ci choć trochę rozrywki tutaj. – powiedział przytulając mnie ciepło. Poklepałam go po plecach, nie przestając się śmiać.
- Jesteś jedynym cyrkowcem, jakiego znam. – rzekłam opanowując śmiech, jednocześnie starając się brzmieć poważnie. – Nie zmarnuj tego!
- Nie śmiałbym! - uśmiechnął się uroczo i poczęstował mnie pomarańczowym owocem. Moimi obiema już sprawnymi rękoma zdjęłam skórkę i zaczęłam powoli delektować się smakiem cytrusa.
- Chazy… - mruknęłam niepewnie i z pełną buzią spojrzałam na niego. Zerknął na mnie uważnie, ale nic nie powiedział. Czekał. - Czy mógłbyś… czy mógłbyś przytargać tutaj taką sztuczną choineczkę? Chciałabym poczuć choć odrobinkę świątecznej atmosfery. – po przełknięciu ostatniego kawałka pomarańczy, uśmiechnęłam się do niego szeroko.
Mężczyzna nic nie mówił. Kiwał tylko mechanicznie głową i wpatrywał się we mnie swoimi pięknymi orzechowymi oczami.
- Ładnie wyglądasz, kiedy sok skapuje ci po brodzie. Zrobiłbym ci zdjęcie. – powiedział przechylając zabawnie głowę, a mnie zatkało. Szybko wytarłam usta rękawem, na co on zaśmiał się.
- Zobaczę, co da się zrobić. A teraz może położysz się już do łóżka? – powiedział i podszedł do mnie. Zarzuciłam mu rękę na ramię, a on złapał mnie w pasie. Pokuśtykałam i zmęczona usiadłam na szpitalnej pryczy. Po przejściu kilku zaledwie kroków czułam się, jakbym przebiegła trzysta metrów. To okropne.
     Chester został ze mną do godziny obiadowej, czyli piętnastej. Później ulotnił się pod pretekstem załatwienia czegoś w mieście. Zostałam sama, nudząc się okropnie i myśląc o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Pierwsze spędzone samotnie, w dodatku w szpitalu. W wigilię zjem  obiad, tak jak codziennie teraz, a wieczór spędzę z książką. Chester na pewno ma jakąś swoją rodzinę, z którą spędzi jeden z najwspanialszych dni w roku… Cóż, moja osoba została chyba stworzona do użalania się. Od kilku miesięcy nie robię nic innego, jak tylko biadolę nad swoim życiem. Te święta będą ostatnimi takimi! W następnym roku stanę się…
- Halo? – odebrałam telefon, który dzwonił już od jakiegoś czasu.
- No cześć, mała. Co u ciebie? – wesoły głos brata. Jak miło było usłyszeć w słuchawce ten jego beztroski ton. Uwielbiałam jego śmiech, który zawsze wprawiał mnie w lepszy nastrój. Tak było i teraz.
- Ha! Kiedy ostatni raz do mnie dzwoniłeś zza wielkiej wody? – zaśmiałam się do słuchawki. Już dawno nie słyszałam swojego radosnego głosu, więc tę chwilę można by zaliczyć w pewien sposób do święta.
- Ćśś… Lepiej gadaj, jak się czujesz. Wyszłaś ze szpitala? – chociaż nie stał przede mną, to w myślach widziałam jego zatroskaną twarz, jego wiecznie spadające okulary, które poprawiał wskazującym palcem, zabawnie unosząc brwi. Pociekły mi łzy, ale głos się nie załamał.
- Ręce mam już sprawne. Ogólnie jestem okazem zdrowia, ale przez gips od uda po koniuszki palców ciągle mnie tu trzymają. – powiedziałam odkrywając kołdrę i oglądając swoją nogę, jakbym mogła przesłać mu jej obraz. – Przyjedziesz na święta?
- Yhh, Salem, nie obrażaj się tylko… - czyli nie przyjedzie. – Ale chyba najprędzej zobaczymy się na Wielkanoc. – niechciane słowa padły. Nie zobaczę mojego brata przy wigilijnym stole, dzielącego się ze mną opłatkiem i mówiącego, że jest ze mnie dumny i abym nigdy nie dała mu powodów do wyjścia z tego założenia.
- W takim razie wesołych świąt, Aidan. – siorbnęłam nosem.
- Zdrowiej szybko, mała. Jak przyjadę, to wyściskam cie za wszystkie czasy. Kocham cię! – nie rozłączył się. Czekał, aby jeszcze coś powiedziała.
- I ja cię kocham. – szybko przycisnęłam czerwoną słuchawkę, aby nie usłyszał mojego łkania. Nie chciałam, aby czuł się winny, że przez niego płaczę. Gdy byłam smutna zawsze potrafił mnie pocieszyć. Wystarczyła jego dłoń ściskająca moją i od razu czułam się lepiej. Teraz moje palce mogły zacisnąć się tylko na telefonie, w którym tak niedawno słyszałam jeszcze jego głos, odległy o setki tysiące kilometrów. Naciągnęłam na siebie kołdrę i pogrążyłam się we wspomnieniach.
     Taką znalazł mnie Chester. Wystraszony, zaczął potrząsać moją kryjówką izolującą mnie od złego świata. Kiedy wyjrzałam na zewnątrz, siedział na krześle i patrzył na mnie przejęty.
- Która godzina? – zapytałam przecierając oczy. Zorientowałam się, że jego szarpanie obudziło mnie. Ziewnęłam.
- Dochodzi dziewiąta. – odpowiedział zdezorientowany. Najwidoczniej nie wierzył, że jeszcze żywa wypełzłam z mojego kokonu. – Salem, do jasnej cholery, czy ty chcesz, żebym zawału dostał? Co ty robisz? Nie odpierasz telefonu, trącam cię zawiniętą w tą cholerną pościel, a ty się łaskawie budzisz i pytasz która godzina? – nie krzyczał. Nie musiał tego robić żebym widziała, jak bardzo się martwił.
- Tak. – kiwnęłam głową i szczypnęłam go w nos. Prychnął. – Dobra, lepiej powiedz, czemu budzisz mnie z samego rana.
Wskazał ręką leżącą na środku sali torbę podróżną. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, ale on tylko uśmiechnął się. Wolałam go takiego spokojnego.
- Zabieram cię stąd. – odparł powoli, jakby to było oczywiste.
- Co? – nie wierzyłam.
- Zabieram.
Te słowa sprawiły, że po kwadransie byłam zebrana. Ze stolika zniknął mój kubek, moja książka i wiele innych rzeczy, które mogłyby mnie tutaj trzymać. Przede mną otwierał się świat. Ten, który ostatnim razem widziałam tego pamiętnego października. Westchnęłam i wzięłam do rąk moich nowych przyjaciół – dwie kule. Powoli, z pomocą Chestera, wstałam z łóżka i podbierając się na nich pokuśtykałam do wyjścia. Opuszczanie szpitala było dla mnie niczym uwolnienie dzikiego ptaka z klatki. Gdybym mogła, to weszłabym w największą śnieżną zaspę i taplałabym się w niej niczym małe dziecko. Tak bardzo cieszyłam się, że moją salę z tą niewygodna pryczą zostawiłam za sobą.
- Chester… dziękuję. – zatrzymałam go i pocałowałam w policzek. Asekurował mnie, abym nie poślizgnęła się na oblodzonym chodniku, aż w końcu doszliśmy do jego samochodu. Był nad wyraz nowoczesny i elegancki. Po pół godzinie jazdy w ciszy, w której podziwiałam świat za szybą, a Chazy nie chciał mi w tym przeszkadzać, zatrzymaliśmy się przed dość okazałym domkiem jednorodzinnym. Na szczęście nie miał basenu na dachu ani ogrodu wielkością i wyglądem przypominającym amazońską dżunglę, ale prezentował się bardzo luksusowo. Gdy skończyłam podziwianie zaśnieżonego trawnika i idealnie odśnieżonej dróżki prowadzącej do trzech szerokich schodków u których szczytu znajdowały się brązowe drzwi, lekko dotknęłam ramienia Chestera. Domyślił się mojego pytania i szybko sformułował na nie odpowiedź.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci moje towarzystwo na tegorocznej wigilii w domu państwa Bennington?

_________________________________________________________________________________
jestem zła i okropna, wiem. Ale ferie się skończyły, sprawdziany się zaczęły i  nie mam zbyt dużo czasu na pisanie. Pierwszy turnus ferii, to jednak nic fajnego :c Zmęczyłam w końcu ten rozdział, ale jestem z niego nawet zadowolona. Pomijam fakt, że pisząc rozmowę z bratem, ryczałam jak bóbr. Dlatego dedykuję ten fragment wszystkim stęsknionym za swoimi starszymi braćmi siostrom, które swoje jedyne rodzeństwo widzą raz na dwa miesiące<3
i postanawiam poprawę w częstotliwości nowych postów!

piątek, 25 stycznia 2013

Rozdział V



Wszystko się trzęsło. Głowa się trzęsła, ręce się trzęsły, obraz się trząsł. Moje myśli przemierzały odległą galaktykę, aby za chwilę wrócić do mnie jak bumerang uderzający mnie w czoło i zostawiający fioletowego siniaka. Znalazłam się poza wszelkim czasem, bezbronna i obdarta z godności, aby za chwilę obudzić się z nieistniejącego snu i zacząć oddychać TYM powietrzem.  Czarne plamki powoli mijały, a ich miejsce zastępowały zamglone zielone ściany pomieszczenia. A więc jestem. A więc się nie udało.
- Czy ty słyszysz co ja do ciebie mówię!? Ocknij się do cholery jasnej, porżnęło cię do reszty!? – ależ ten głos dudnił w uszach. Głośniej się nie dało? – Coś ty ze sobą zrobiła!? Co cię napadło!? – w głowie huczało i huczało, ale najwyraźniej osobnik wydający dźwięki o tak wysokiej częstotliwości dopiero się rozkręcał – Nie pozwalam ci się nie obudzić! Słyszysz!?
- Co pan robi? – kolejny głos, na szczęście cichszy – Niech pan ją puści! – coś szarpnęło, zaszurało i na chwilę zapanowała absolutna cisza. Oddychałam głęboko, a ktoś pochylił się nade mną i przeraźliwie dyszał.
- Siostro, zabieramy ją. – powiedział spokojnie ten drugi głos, jakby „zabranie jej” było na porządku dziennym.
- Nie zgadzam się! – osobiście byłam tego samego zdania – Najpierw muszę z nią porozmawiać! – ten pierwszy głos był zawzięty, nie dawał za wygraną. Ktoś głośno westchnął i po chwili dokądś jechałam. Czułam się prawie jak na kolejce w wesołym miasteczku. Mdliło mnie, kręciło mi się w głowie, więc postanowiłam się zdrzemnąć. Tylko na chwilkę.
     W końcu przyszedł czas, kiedy musiałam przestać udawać że śpię i zmierzyć się z osobą, która siedziała koło mnie. Od ładnego kwadransa starałam się równomiernie oddychać i stwarzać pozory zmorzonej głębokim snem dziewczynki. Powoli otworzyłam oczy, jakbym robiła to po raz pierwszy. Przebiegłam wzrokiem po całej sali, a potem utkwiłam wzrok w moim gościu, który zapewne od jakiegoś czasu lustrował mnie z góry do dołu. Nie powiedziałam nic. Może czułam potworny wstyd, a może to duma nie pozwalała mi spojrzeć prosto w jego mądre, orzechowe oczy.
- Salem. – ciepły głos był niczym miód oblewający moje serce – Jak mogłaś to zrobić sobie… i mi? – nie wiedziałam co odpowiedzieć. Jego smutny wzrok mówił sam za siebie – zawiodłam go. Przyjaciele mogą na sobie polegać, a nie „rozwiązywać” problemy w pojedynkę i to jeszcze w tak idiotyczny sposób. Czemu ja najpierw robię, a potem myślę?
- Nie było mnie kilka dni, a ty już zdążyłaś tyle nawywijać… - westchnął i pokręcił głową z dezaprobatą. Wiedziałam jednak, że w kącikach jego ust czaiła się radość, że widzi mnie w jednym kawałku.
- Chester, ja – nie zdążyłam dokończyć, bo położył mi palec na ustach.
- Ty lepiej nic już nie mów. – uśmiechnął się półgębkiem i spuścił wzrok. Na jego twarzy malowały się wszystkie troski sprzed kilku godzin. Dotknęłam delikatnie jego dłoni, na co on uścisnął ją lekko.
- Przepraszam. – szepnęłam. Nareszcie to powiedziałam. Dotyczyło to nie tylko ostatniego incydentu, ale też parszywego wtrącania nosa w nie swoje zapiski. Było to ostatnie słowo, które padło miedzy nami aż do następnego dnia.
     Bennington siedział przy mnie całą noc. Nie musiałam otwierać oczu, aby to wiedzieć. Czułam jego obecność, słyszałam jego miarowy oddech. Starał zachowywać się jak najciszej, aby mnie nie obudzić i rzeczywiście wychodziło mu to perfekcyjnie. Jak zwykle mój sen był przerywany najróżniejszymi dźwiękami dochodzącymi z zewnątrz, ale specjalnie nie otwierałam oczu, aby nie czuł się winny. Wczesnym rankiem przyszła do mnie pielęgniarka. Po obserwacji wszystkich podłączonych do mnie urządzeń, pokręciła głową i spode łba spojrzała na Chestera.
- Przez takiego dziada się pogrążać… Ach, ta dzisiejsza młodzież. – mruczała pod nosem i człapała od okna do drzwi, aż w końcu puściła mężczyźnie ostatnie mordercze spojrzenie i wyszła z sali.
Patrzyliśmy na zamykające się powoli drzwi i niknącą w głębi korytarza krępą postać kobiety. Niesamowite, jak ludzie mogą oceniać innych na podstawie „pierwszego wrażenia”.
- Obudziłaś się. – stwierdził chłopak bacznie mierząc mnie wzrokiem. Byłam pod wrażeniem jego bystrości. – Teraz czas na wyjaśnienia. – mimowolnie zadrżałam – Salem, posłuchaj mnie uważnie, bo nie lubię powtarzać dwa razy, nawet takim słodkim dziewczynkom jak ty. – w tym momencie potargał mnie po czarnej czuprynie, ale za chwilę jego radosny nastrój zastąpiła powaga. – To co wtedy z tą teczką… Zachowałem się jak dupek. Jak małe, obrażone na cały świat czteroletnie dziecko… Nie, czekaj. Teraz ja mówię… Zostawiłem cię w tak trudnym dla ciebie momencie życia, chociaż obiecywałem co innego. – teraz to ja zasłoniłam mu usta dłonią dając mu do zrozumienia, aby przestał opowiadać tego typu głupoty.
- Dobrze, a teraz posłuchaj mojej wersji, panie Be. – odetchnęłam głęboko, a on nie odezwał się już ani słówkiem. – Współczuję ci, że spotkałeś tak perfidnie wścibską i bezczelną osobę, która pod twoją nieobecność, związaną z jej interesem, postanawia bezwstydnie zajrzeć do cudzej teczki, nie kryjąc się z tym w ogóle. – powiedziałam wszystko na jednym wdechu, a kiedy chciałam rozpocząć kolejne zdanie, Chester po raz kolejny mnie uciszył.
- A ja sobie nie współczuję, tylko dziękuję, że takie zakręcone wścibskie baby jeszcze istnieją na tym świecie.